Przed pierwszymi przymrozkami otworzyłem bagażnik i sprawdziłem auto tak, jak zrobiłby to policjant przy kontroli. Polskie przepisy wymagają tylko gaśnicy, trójkąta ostrzegawczego i tablic rejestracyjnych. Za brak gaśnicy grozi 500 zł, za brudną tablicę 100 zł, a za jazdę bez tablic grzywna 1500 zł.
Jak sprawdziłem auto przed zimą
Nie zaglądałem do bagażnika z ciekawości. Chciałem przejść tę samą listę, którą ma w głowie policjant przy zwykłej kontroli. Kiedy auto stanie na poboczu wieczorem, we mgle, nie ma już czasu na szukanie gaśnicy pod torbami.
Wziąłem kartkę i po kolei sprawdziłem każdą rzecz:
- Gaśnica: czy w ogóle jest, jaki ma termin przydatności i czy da się ją wyjąć w kilka sekund.
- Trójkąt ostrzegawczy: czy jest kompletny i czy ma homologację.
- Tablice rejestracyjne: czy są czyste, dobrze przykręcone i oświetlone.
- Elementy techniczne: oświetlenie, pasy bezpieczeństwa i lusterka.
Ostatni punkt łatwo pominąć, bo nie leży w bagażniku. Za zły stan tych elementów też grozi mandat, a do tego punkty karne albo negatywny wynik badania technicznego.
Co znalazłem w bagażniku?
Gaśnica była, ale leżała pod kołem zapasowym. Byłem pewien, że to w porządku, skoro jest w aucie. Tymczasem przepisy mówią o łatwo dostępnym miejscu. Nie precyzują, gdzie dokładnie, ale gaśnica schowana pod kołem zapasowym tego warunku nie spełnia. Tłumaczenie przy kontroli nic nie da.
Druga rzecz to termin przydatności. Przepisy nie mówią, jaka ma być gaśnica, ale musi być sprawna. Przeterminowana też może się skończyć mandatem, więc sprawdzenie daty na etykiecie zajmuje chwilę i oszczędza nerwów.
Trójkąt był na miejscu. Warto jednak pamiętać, po co jest: przy awarii albo kolizji rozstawiasz go za pojazdem, żeby ostrzec innych kierowców. Policja sprawdza, czy masz go w aucie.
Najwięcej zaskoczyła mnie tylna tablica. Po kilku dniach jazdy po mokrych drogach była zachlapana błotem. Za brudną tablicę grozi 100 zł. Jeśli ktoś trzyma tablicę za przednią szybą, zapłaci nawet 500 zł. Jazda w ogóle bez tablic to grzywna 1500 zł, bo auto nie jest wtedy dopuszczone do ruchu.
Przy okazji obaliłem mit, w który wierzy wiele osób. W Polsce apteczka i kamizelka odblaskowa nie są obowiązkowe. Nikt nie wypisze za ich brak mandatu.
Co zmieniam przed sezonem i wyjazdem za granicę
Gaśnicę przeniosłem do kabiny. To najszybszy dostęp i nie ma dyskusji przy kontroli. Tablice przecieram teraz przy każdym tankowaniu, bo zimą błoto osiada na nich szybko.
Choć prawo wymaga tylko minimum, dołożyłem kilka rzeczy, które realnie pomagają na poboczu:
- Apteczka: jeśli jesteś świadkiem wypadku, masz obowiązek udzielić pierwszej pomocy i wezwać służby ratownicze. Bez środków opatrunkowych trudno to zrobić.
- Kamizelka odblaskowa: najbardziej przydaje się przy awarii po zmroku.
- Kable rozruchowe, linka holownicza i latarka: kosztują niewiele, a zimą i na długiej trasie potrafią uratować dzień.
Osobna lista czeka na wyjazd. Teoretycznie za granicą obowiązują przepisy kraju rejestracji, czyli polskie. W praktyce policjanci w niektórych krajach potrafią karać za brak wyposażenia wymaganego lokalnie. W Austrii, Chorwacji i Słowenii absolutne minimum to apteczka, kamizelka, zapasowe żarówki i rękawiczki robocze. Odwołanie od mandatu jest możliwe, ale łatwiej po prostu doposażyć auto przed drogą.
Przed każdym wyjazdem sprawdzam też lokalne wymagania kraju, do którego jadę, i zabieram komplet dokumentów w wersji papierowej.